Peru nie zabrało mi energii. Peru pokazało jak wiele witalności dawały małe, z pozoru niewidoczne rutyny.
Minął już ponad miesiąc od mojego ostatniego 3,5 tygodniowego wyjazdu, po którym zaobserwowałem jak nie doceniamy wpływu małych, raczej nieskomplikowanych codziennych działań i rytuałów na nasze samopoczucie oraz energię, przekładające się na efektywność i sprawczość.
Górska wyprawa rowerowa
Razem z moją partnerką Agnieszką wybraliśmy się do Peru, gdzie najważniejszą składową naszego wyjazdu była wyprawa rowerowa w najwyższym w tym kraju paśmie Andów – fascynującym Cordillera Blanca.
Ta rowerowa eskapada była przeze mnie planowana od wielu miesięcy, jako kolejna wymagająca przygoda w górach wysokich po poprzedniej wędrówce przez bezdroża Azji Centralnej Tadżykistanu i Kirgistanu.
Inna codzienność
Czas wyprawy bikepackingowej, to życie w innym rytmie i w znacząco różny sposób niż robimy to na co dzień.
Nawet kilkudniowe wyjazdy poza najbliższe otoczenie są czymś, co potrafi znacząco wpływać na nasze przyzwyczajenia, rutyny i schematy działania. Co dopiero rowerowa wyprawa na innym kontynencie w tak wysokich górach, podczas której drastycznie zmienia się to jak wgląda każdy nasz dzień, jak obciążamy nasz organizm oraz jak niezauważenie odchodzimy od naszych codziennych domowych zachowań.
Inaczej jemy.
Przebywając na wyprawie w miejscach, gdzie o restaurację czy nawet sklep nie jest wcale łatwo, przede wszystkim staram się dostarczyć mojemu organizmowi paliwa do funkcjonowania – węglowodanów – tak, aby móc sprostać codziennemu wysiłkowi wspinania się obładowanym rowerem na wysokie górskie przełęcze. „Węgle” to jest „must have”. Białko jest również istotne, jednak czasem zdarza się, że niełatwo jest je zdobyć i ryż lub makaron z sosem musi mi wystarczyć. Warzywa a także inne mikroelementy spożywam w ramach ich lokalnej dostępności – czyli dość rzadko.
Pory jedzenia są zdecydowanie nieregularne i uzależnione od aktualnej sytuacji logistycznej, pogodowej, a nawet samopoczucia.
Nie raz zdarzało nam się jeść obfity posiłek po dniu jazdy tuż przed snem, gdyż z różnych powodów docieraliśmy do miejsca naszego odpoczynku o późnej godzinie.
A będąc w domu spożywam więcej warzyw, odpowiednią ilość potrzebnego białka, a mniej węglowodanów (choć będąc w treningu przygotowującym do wyprawy i tak jadałem sporo „węgli”). Pory jedzenia mam regularne, dostarczam mojemu ciału więcej potrzebnych mu mikroelementów, a także rzadko kiedy jadam ostatni posiłek na krótko przed snem.
Inaczej śpimy.
Na wyprawie rzadko kiedy kolejna noc spędzana jest w tym samym miejscu.
Jeżeli odpoczywamy w homestay, to łóżka u gospodarzy są najczęściej mniej wygodne od tych naszych domowych, zasłony zaciemniające w pomieszczeniu sypialnianym to niespotykany luksus, a temperatura pomieszczenia potrafi być zaskakująco niska.
A kiedy musimy spędzić noc w namiocie, to o komfort i dobrą regenerację jest jeszcze trudniej. Mimo wiezionego w naszych sakwach dobrej jakości sprzętu bikepackingowego– niewielki namiot, nie za gruby materac, czy puchowy śpiwór nie dają nam wygody i dobrej jakości snu.
Co innego w domu, gdzie śpimy w swoim łóżku, dostosowanym do nas, które nasze ciało dobrze zna i jest do niego przyzwyczajone. Odpoczywamy zaciemnionej sypialni, komfortowej temperaturze, spokoju i ciszy. To warunki i sposób, który ja miałem wypracowany w ostatnich kilku latach.
Inaczej zachowujemy się wieczorem.
Na wyjeździe, gdy za oknem było już ciemno, (a w związku z położeniem Peru niedaleko od równika zachód słońca przez cały rok jest około godziny 18), niezależnie od tego, czy odpoczywałem w namiocie, kwaterze prywatnej, czy hotelu, główną moją atrakcją było wpatrywanie się w ekran mojego telefonu, także tuż przed zaśnięciem.
Częsty brak Internetu w tym nie przeszkadzał, gdyż zawsze się znajdzie coś, co można zrobić używając smartfona. Czy to obróbka zdjęć i filmów z danego dnia eskapady, czy lektura zapisanych w pamięci treści, czy oglądanie filmów na YouTube lub słuchanie podcastów.
Dużo światła z telefonu i stymulowania umysłu obrazami i dźwiękami…
A w domu ? Staram się nie używać telefonu na kilkadziesiąt minut przed snem. Korzystając z „elektroniki” wieczorem zakładam okulary odbijające światło niebieskie. Nieobce mi są sesje oddechowe lub medytacyjne tuż przed zaśnięciem, a po tym czytanie popularnonaukowej prasy, albo lekkich dla mojego umysłu książek.
70% energii
Po naszym powrocie do Wrocławia czułem się znacznie gorzej niż przed wyjazdem. Brakowało mi sił, energii, byłem apatyczny, miałem poczucie utraty sprawczości nad moją codziennością. Bardzo nie lubię tego stanu.
Spodziewałem się, że po takim urlopie (24 dni spędzone w kompletnie innym środowisku ze sporą ilością wrażeń) powinienem mieć realnego „powera” do działania.
Przez jakiś czas myślałem, że ten ogarniający mnie marazm i pasywność, jest spowodowany po prostu obciążeniem organizmu po wielodniowej górskiej rowerowej wyprawie i trudami podróży powrotnej połączonej z jet lagiem. Peru znajduje się 7 stref czasowych na zachód od Polski, więc zgodnie z zasadą 1 dzień na 1 strefę czasową przy locie z zachodu na wschód, szacowałem że po tygodniu pozbędę się rozregulowanego zegara biologicznego, zdołam odpocząć i odzyskam pełnię energii.
Jednak nic bardziej mylnego. Powróciłem do maksymalnie 70% mojej ogólnej witalności sprzed wyjazdu. Mało. Zdecydowanie mało.
Postanowiłem wtedy dać sobie trochę więcej czasu na złapanie właściwej energetyki swojego organizmu myśląc, że to brak tlenu w górach w Peru przy dużych obciążeniach organizmu jeszcze mnie w jakiś sposób ogranicza. Zaaplikowałem w pracy mniej zaangażowania, mimo tematów wysokiego kalibru, a w domu mało aktywności.
I nadal nic. Kolejny tydzień minął, a poziom mojej żywotności ledwo podbił się do góry.
Małe, a znaczy
Wtedy jak to mam w zwyczaju usiadłem do głębszej analizy, która finalnie jasno mi pokazała, że po powrocie do Polski z Ameryki Południowej, przeniosłem niehigieniczne dla zdrowia ciała i umysłu wyprawowe zachowania na grunt mojej wrocławskiej codzienności.
· Późne jedzenie wieczorem obciążające nasz organizm, zmuszające go do wysiłku trawienia w trakcie snu;
· Gapienie się w telefon do późna i to również w łóżku, powodujące zaburzenia gospodarce hormonalnej regulującej sen;
· Brak wyciszenia ćwiczeniami oddechowymi lub medytacją uruchamiające nasz przywspółczulny układ nerwowy dający sygnał do regeneracji;
· Słuchanie podcastów w trakcie zasypiania i jakiś czas podczas pierwszej fazy snu, przeszkadzające umysłowi w spokojnym odpoczynku.
Z pozoru same drobne zachowania, które jednak w swojej sumie dawały znaczące rezultaty. W tym przypadku niestety negatywne.
Mój umysł dobrze miał je zakodowane w głębi, gdyż były one moją codziennością sprzed kilku lat.
Wystarczyło jednak, że na wyprawie z powodu ciągłego dociążania organizmu, odszedłem od wypracowanych dobrych wzorców, wracając do złych nawyków, tak że zyskały one na sile i przejęły kontrolę.
Ciekawym jest to, że zapomniałem(?) , że wprowadzone przeze w przeszłości dobre wzorce zachowań mają w swojej sumie aż taki dobry wpływ na to w jaki sposób się czuję.
Z górki
Po takiej analizie, wystarczyło „tylko” poświęcić trochę czasu i systematyczności, aby wejść na dobre tory, wrócić do dobrych rutyn i wtłoczyć je we własny umysł, aby powrócić do bardzo mocnej energii i sprawczości.
Tylko tyle i aż tyle.
I tak oto Huascaran Loop (pętla rowerem wokół najwyższego szczytu w Cordillera Blanca) uruchomiło we mnie refleksję i odkrycie, że istnieje na świecie wiele drobnych rzeczy, działań czy zachowań mających wyraźny wpływ na nas, naszych najbliższych oraz otaczające nas otoczenie – czyli na to co dla nas ważne.
A jakie Ty masz swoje niewielkie rzeczy, które „robią” dla Ciebie różnicę ?
